Powszechnie wiadomo, że nie radzęsobie z krytyką, zwłaszcza konstruktywną. Poniżej przedstawiam Wam 6 sposobów, dzięki którym próbowałam poradzić sobie z różnymi opiniami ludzi: na temat mojej osobowości, twórczości czy dupy.
1. Jedz. (Pij! Żuj).
Objadanie się Kinder Bueno, kanapkami z Nutellą, pierogami ruskimi, chałwą, brownie, naleśnikami z serem... Czymkolwiek (najlepiej wszystkim!), by wypełnić najpierw pustkę w sercu, a później muszlę klozetową.
Na skutki nie trzeba było długo czekać. Ludzie dalej wygłaszali niezbyt przyjemne komentarze pod moim adresem, a do tego pojawiła się nadwaga, przyczyna kolejnej fali krytyki. W ten sposób wymyśliłam toksyczne perpetuum mobile. Mimo tego uważam, że strzelenie czegoś słodkiego, najlepiej gorzkiej czekolady, zawierającej 70% miazgi kakaowej, może pomóc. Wcale tak bardzo nie tuczy, jeśli nie wkłada się jej kilogramami do żołądka, a dostarcza energii do radzenia sobie z problemami. Poprawia też humor, ponieważ po jej zjedzeniu w mózgu wzrasta poziom serotoniny i endorfin.
Inspirują mnie słowa Volanta, więc choć nie zgadzam się z każdym z jego twierdzeń, lubię cytować te, które mi się spodobały. W mojej opinii osobą, jaka osiągnęła niebywały sukces, jest Mateusz Grzesiak, więc jeśli mam brać od kogoś przykład w tym aspekcie, to najpewniej od niego. Ponieważ w kwestii literatury nikt tak bardzo nie imponuje mi jak John Irving, twierdzę, że jest on moim autorytetem. Chciałabym być tak silna i głodna życia jak Izabela z Flemmingów Czartoryska, skora do pomocy jak agent Cooper z serialu Twin Peaks oraz zdeterminowana w osiąganiu celów niczym główny bohater Arrow, Oliver Queen. I się tego nie wstydzę. Tymczasem wychodzi na to, że posiadanie życiowego autorytetu może być powodem do linczu w dzisiejszych czasach, wśród pokolenia dwudziestolatków.
Wczorajsza rozmowa z kolegami z akademika uświadomiła mi, że studenci coraz częściej pozbawieni są autorytetów. Prócz matki i ojca, raczej na nikim się nie wzorują, a i to raczej nie wynika z ich woli. Oczywiście, żywią szacunek do pozostałych ludzi, ale raczej nie przez ich osiągnięcia, a po prostu dlatego, że są istotami człowieczymi i tyle w tej kwestii.
To dla mnie trochę naciągane, bo dla człowieka, który siedzi całe dnie przed komputerem, mogę być miła z tego tytułu, że nic mi złego nie zrobił, ale za co tak naprawdę mam go szanować? Za przynależność do gatunku homo sapiens? Przecież to ewolucja pchnęła go w stronę postawy dwunożnej, to nie był jego świadomy wybór. Po prostu się urodził i żyje. Mam więc doceniać jego egzystencję jako taką, nawet, jeżeli pozostaje jałowa? Grzeczność grzecznością, ale szacunek? Na niego chyba trzeba sobie zasłużyć. No, jak sądzicie?
Według schematu opracowanego przez Grzesiaka, dotyczącego czasów, w jakich żyjemy i ścierania się w nich trzech diametralnie różnych pokoleń, osoby urodzone w latach osiemdziesiątych i wzwyż (pokolenie Y), nie mają wzorców do naśladowania. Bo jakim to wzorcem ma być Justin Bieber? Osoby dwudziestokilkuletnie raczej bez zastanowienia powielają czynności wykonywane przez ich znajomych. Mam fejsa, bo Agata założyła. Idę do Kawiarni u Przyjaciół, bo Emilka tam była. Rzucam fajki, bo w ten sposób zdobędę uznanie moich nowych, fajnych znajomych, którzy wpierdalają bób i nieustannie cieszą mordę, bo niejedzenie w KFC nadaje sensu ich życiu. (Dobra, każdy ma jakieś hobby i przekonania, nie neguję, po prostu podkreślam absurdalność hipotetycznej sytuacji). Nie jest tak? Jest tak. Czy to źle?
Niekoniecznie. Środowisko, w jakim się obracamy, ma na nas ogromny wpływ, co swoją drogą jest fenomenalnie odkrywcze. Każdy jest jednak panem swojego losu. Sami za siebie decydujemy, w jakim kierunku zmierzamy, o ile mamy wystarczającą ilość oleju w głowie. Dlaczego przy okazji jednak, widząc coś, co nam się podoba, nie możemy tego podchwycić od znajomych? Wszystko zależy od punktu widzenia. Z jednej strony mogę robić karierę jako zawodowa kopiarka, bo duplikuję poniekąd zachowania moich współlokatorów, kolegów, partnerów biznesowych czy rodziny. Z drugiej strony mogę to robić świadomie, by polepszyć nie tylko swoją pozycję w grupie, lecz i jakość swojego życia, choćby w aspekcie zdrowotnym czy kulturalnym.
Brakuje jednak mimo wszystko jakiegoś niezbywalnego autorytetu. Dla katolików ważną postacią, pamiętam, był jeszcze niedawno Jan Paweł II. Kiedyś za wzór dziewczynkom stawiało się postać Marii Curie-Skłodowskiej. A teraz? Aktualnie ścierają się dwa skrajnie różne od siebie poglądy: nie wychylaj się, bądź jak inni oraz: nie patrz na innych, patrz na siebie. Nie dziwię się, że na przestrzeni lat 1990-2007 w Polsce wzrósł wskaźnik zaburzeń psychicznych aż o blisko 120% (źródło). Schizofrenia nie śpi.
Chciałabym mieć kogoś, kogo decyzje będą zawsze trafne i pewne. Niestety, wszyscy jesteśmy ludźmi i nawet profesor z czterdziestoma publikacjami w dorobku naukowym może popełnić literówkę. Nawet światowej sławy chirurgowi może zdarzyć się pozostawienie chusty w ciele operowanego. Uświadomienie sobie, że nic w tym świecie nie jest od początku do końca pewne, jest faktem, który może przepełnić trwogą, bo ludzie zazwyczaj nie lubią analizować i zastanawiać się, czemu tak, a nie inaczej. Warto jednak przyjąć to do wiadomości i mieć w pamięci choćby takie krótkie nagranie:
Jak już zaznaczyłam w pierwszym akapicie: mam autorytety. Ludzi, na których w pewnych kwestiach się wzoruję, bo są tam, gdzie ja chciałabym być. Ale jeżeli John Irving pierwszą książkę opublikował w wieku dwudziestu jeden lat, to mi się nic nie stanie, jeżeli ja zadebiutuję ze swoją powieścią, mając lat dwadzieścia dwa. Jeżeli moja przyjaciółka kupuje tylko markowe ciuchy, chyba nie zostanę porażona piorunem, jeśli będę się ubierać w szmateksie. Autorytet nie musi oznaczać autorytaryzmu. Może i powinien być przede wszystkim uzupełnieniem własnych myśli, inspiracją oraz motywacją.
Autorytety pozwalają nam nie czuć się samotnymi. Nawet, gdy wokół brak osób przychylnych naszym poglądom, wiemy, że gdzie indziej ktoś już wpadł na coś podobnego, a nawet twierdził to samo, co my. Pomagają nam w wyznaczaniu sobie celów. Kto powiedział, że nie możesz być jak Hugo czy Kafka? Przecież możesz być nawet kimś lepszym. Czas wszystko weryfikuje. Najważniejsza jest jednak wiedza, do czego dążymy i kim chcemy być. Autorytety mogą być również naszymi drogowskazami w drodze ku samorealizacji.
A na koniec pytanie. Czy nie masz autorytetu, jak to przystało podobno na nasze czasy, czy też masz, i to silny? Kto nim jest i dlaczego? W czym Ci pomaga? To dobre ćwiczenie do zrobienia sobie w wolnej chwili, ale jeśli nie macie nic przeciwko - podzielcie się ze mną swoimi odpowiedziami w komentarzu. Dyskutować zawsze warto.
Sto dni szczęścia, #100happydays, takie wyzwania padły po lub już w trakcie Ice Bucket Challange.
Projekt podoba mi się o wiele bardziej niż wszystkie inne łańcuszki, z jakimi miałam styczność do tej pory. Okazuje się, że Ziemia to całkiem szczęśliwe i urokliwe miejsce, a nie padół łez, w którym się tylko jęczy i marudzi. Długo nie miałam odwagi, by rozpocząć taki długotrwały projekt. Ciągnęły się za mną niedokończone sprawy z przeszłości, jak taki zielony dymek odoru za bohaterem kreskówki. W przeciągu ostatnich trzech dni na szczęście uświadomiłam sobie kilka rzeczy.
Prawda
Inicjatywa 100happydays została podjęta i wypromowana przez fundację o takiej właśnie nazwie. Okazuje się, że to idea crowdfundingu. I to rewelacyjna.
Każdego dnia zdarza nam się coś pozytywnego. Czasem mamy jednak klapki na oczach i zupełnie tego nie zauważamy. To może być wieczorny wypad do kina z przyjaciółką lub zdobycie kolejnego lajka pod zdjęciem. Nieważne, jak wielkie jest to wydarzenie - każdy z nas i tak ma inną skalę. Liczy się fakt, że sprawiło nam to radość.
Fundacja zachęca, by dzielić się swoimi szczęśliwymi momentami codziennie z innymi, na przykład za pośrednictwem Facebooka. Pierwszy taki łańcuszek zobaczyłam u Mateusza Grzesiaka, najszczęśliwszego człowieka na ziemi, najlepszego coachera i po prostu sympatycznego chłopaka, na którego wykładzie miałam wielki zaszczyt być w niedzielę 12 października.
Do momentu spotkania z tym mężczyzną uważałam, że taka idea jest bez sensu - po co inni ludzie mają wiedzieć o tym, że mam dobry humor albo mi się powodzi? Będą zazdrościli albo podłożą mi świnię, albo kogo to w ogóle będzie obchodzić? W końcu żyjemy w Polsce, kraju postrzeganym za ojczyznę małych ludzi. (No bo sami się tak postrzegamy. Nikt nie wierzył w zwycięstwo Polaków w meczu piłki nożnej z Niemcami. Recytujemy od dzieciaka - Kto ty jesteś? - Polak mały!, a prezydent Kaczyński też za wysoki nie był, tak swoją drogą). Grzesiak jednak uświadomił mi, że te wszystkie obiekcje są bez znaczenia, ponieważ są tylko obiekcjami.
Grzesiak
Pracuję nad tym, by być odważną osobą, lecz czy zacznę publikować codziennie posty z tym, co cudownego mi się dzisiaj przydarzyło? Nie mam jeszcze zielonego pojęcia. Mimo tego zachęcam do takiego działania Was. Zdjęcie książki, którą czytacie z przyjemnością, uchwycone dzięki fotografii piękno spadających jesiennych liści? To wszystko ma znaczenie, a wiem, że każdy z nas może się czymś pochwalić, tylko czasem nie ma w sobie tyle siły. Albo jest zbyt leniwy. Chwalenie się jest złe, zaraz ktoś rzuci, to zarozumialstwo! (Brak ci pokory - już słyszę Bossego). Nie. Nie zamierzam chodzić z opuszczoną głową, nawet jeśli kiedyś tam coś nabroiłam, bo to było dawno, bo staram się być lepszą, bo naprawdę mam osiągnięcia. Jesteśmy młodymi Polakami, którzy mają wpływ nie tylko na siebie, ale i na to, co dzieje się w kraju.Bez większego problemu możemy zmienić mentalność swojego otoczenia. Trzeba tylko włożyć w to energię i chęci.
Wracam jednak teraz do samego wyzwania. Fundacja nie tylko chce uszczęśliwiać ludzi poprzez uświadomienie im, że jest się z czego cieszyć. Wspiera również ludzi niepełnosprawnych, dlatego każdy może przelać 35$ na podane konto, a w zamian otrzymać przepiękny, ręcznie wykonany album z wybranymi przez siebie szczęśliwymi momentami udokumentowanymi na przykład w trakcie wyzwania. Coś za coś.
To właśnie crowdfunding, czyli finansowanie przez społeczeństwo jakiegoś projektu. I ja z niego skorzystam w najbliższym czasie, czekam tylko na decyzję wydawnictwa. O tym jednak nieco później, bo będę potrzebowała Waszego wsparcia. Teraz chcę się z Wami podzielić moimi ostatnimi przemyśleniami.
1. Nawet, jeśli droga jest męcząca, to warto wciąż iść i zobaczyć, co jest na końcu. To uczyni Cię wyjątkowym, ponieważ większość ludzi poddaje się na przedostatnim zakręcie lub też o wiele wcześniej. Nasze człowieczeństwo jest jednak istotną rzeczą. Wszystkie problemy, jakie pojawiają się w trakcie tej drogi, to przeszkody rzucane przez innych ludzi (na przykład z zazdrości) lub takie, które kładziemy sobie sami. I dlatego jesteśmy w stanie wszystkie te przeszkody usunąć. Jako ludzie jesteśmy sobie równi, ale im bardziej świadomi, tym szybciej rośniemy ponad resztę. I nie trzeba być wybitnym psychologiem, by to zaobserwować. Dlatego ze wszystkim damy sobie radę, nieważne, jak będzie ciężko.
2. W związku z powyższym, jeszcze niedawno przeżycie każdego kolejnego dnia było dla mnie wielkim wyczynem. Teraz nie chcę przetrwać nocy i doczekać świtu, by zastanawiać się, czy wstać z łóżka, czy może w nim zostać do końca świata. Przypomniałam sobie, kim jestem i że powołano mnie do czegoś większego niż pusta egzystencja. Wykorzystuję swoje wszystkie talenty i realizuję wuchtę celów, tej. Trzymajcie kciuki! Mam nadzieję, że mi pomożecie, gdy zajdzie taka potrzeba.
3. Problem sam się nie rozwiąże. Ni chuja. Ciężko jest się zebrać do kupy i pozałatwiać pewne sprawy. Pewnie ze strachu. Ale czego tu się bać? 90% naszych lęków, jak twierdzą amerykańscy naukowcy (:D), to tylko myśli w naszej głowie. Negatywne myślenie przyciąga smutne wydarzenia, dlatego głowa do góry i na kozaku do przodu! Jeżeli idziesz gdzieś z myślą, że będzie dobrze, że pójdzie szybko i z korzyścią dla Ciebie, tak się stanie.
4. Ten wpis miał wyglądać zupełnie inaczej, ale poniosło mnie to, co słyszałam w Kielcach, na konferencji motywującej.
5. I pisałabym tak dalej i dalej, ale muszę lecieć do pracy, bo tym razem mi się chce. : )
Dzielę się jeszcze z Wami na zakończenie kilkoma dobrymi filmami, które może Wam coś uświadomią, a może tylko przypomną o tym, co dawno już wiecie.