Tako rzekł Cyprian Kamil Norwid, wobec którego sama mam mieszane uczucia. Jaki był, taki był, w sumie nie poznałam gościa. Wiem tylko, że dobrze pisał i się z nim zgadzam. A o co chodzi? O co może mi chodzić? O to, co zwykle. O literaturę. I uczucia. Z góry chciałabym zaznaczyć: Polskę kocham szczerze! Ale moim rodakom chciałabym często przypierdolić.
Jak każda młoda pisareczka jestem trochę egoistyczna, więc czytam komentarze pod recenzjami mojej książki. Żałuję, bo znalazłam coś takiego:
Okay, muszę przyznać, że zatrzymałaś mnie na te kilka akapitów. Książka nie rzuca się w oczy, jest niepozorna, a nazwisko polskiej autorki źle się kojarzy, bo jak to tak, polska literatura i jest dobra? Ale przekonałaś mnie i wiem, że muszę po to sięgnąć.
No tak, bo Szymborska to jakieś ścierwo, o którym nikt na świecie nie słyszał, Mickiewicz to jakiś, pożal się Boże, lamus, a Herbert... Zaraz, kto to w ogóle jest? Może coś mi się pomyliło. Z herbatą na przykład. I wcale ktoś taki nie istnieje.
Niedawno zrecenzowałam książkę Jakuba Żulczyka pt. Zrób mi jakąś krzywdę. Więcej styczności z jego literaturą nie miałam, ale zaplanowaną mam już lekturę innych jego książek (bo jestem urzeczona!). W przypadku utworów Michała Witkowskiego - wiem, że niebywale ważną książką jest Lubiewo, ale pomyślałam sobie niedawno, po przejrzeniu bloga modowego autora, że trochę wstyd mi czytać tekst osoby, która wygląda jak totalny pajac... A w dodatku ostatnio tak się zachowuje. Zobaczcie, co się dzieje, kiedy literat przestaje być literatem, a staje się celebrytą...
"Paperback Writer" autorstwa Duncana Robertsa, źródło: fineartamerica.com
Nie mam swojego miejsca na Ziemi. Nie mam swojego miejsca w domu. Nie mam własnego pokoju albo źle się czuję, wracając do mojego starej sypialni u rodziców, bo wiem, że już za chwilę opuszczę to bezpieczne miejsce i będę musiał wracać użerać ze studiami gdzie indziej, po wielogodzinnej tułaczce pociągiem. W wynajmowanym pokoju nie mogę zawiesić plakatu na ścianie, bo przyjdzie właściciel, zroluje ulubioną reprodukcję Van Gogha i wsadzi mi ją w tyłek tak głęboko, że wyjdzie gardłem.
Wiesz co? Jeśli nie będziesz miał swojego miejsca we własnej głowie, nigdzie nie będziesz czuł się dobrze.
Dlaczego tak depseracko pragniemy własnej przestrzeni?
Ponieważ prywatność jest ważna. Mieszkając w akademiku, początkowo bliskość z sąsiadami traktowałam jako nowe, rewelacyjne doświadczenie. Po pewnym czasie jednak zatarła się jednak granica między "moje" a "czyjeś". Wszystko było wspólne. Pokoje, papierosy, bułki na śniadanie oraz intymne szczegóły z życia osobistego. Stworzyliśmy coś na kształt hippisowskiej komuny, nie wiedzieliśmy, kto konkretnie powiedział co, istnieliśmy jako jeden, wielokończynowy i wieloorientacyjny organizm. I organizm ten niestety nie mógł przeżyć. Dlatego rodzą się bliźnięta syjamskie, a nie syjamskie czworaczki czy pięcioraczki. To byłaby skazana na zagładę sztucznie powstała ludzka stonoga.
Była inspiracja, ale nie potrafiłam jej wykorzystać. Chłonęłam intensywnie nowe wrażenia, ale ich nie przetwarzałam na papierze. Swoje potrzeby odsunęłam na bok, by zadowolić innych. By otrzeć łzy potrzebującemu, zrobić kanapkę głodującemu i dzielić radość przyjaciółki, która - tak szybko, jak przestałam jej we wszystkim przytakiwać - położyła na mnie mentalnego chuja. A ja, mój mózg, moje czucie, gdzie to wszystko było?
Nie było.
Nie było mnie.
Zniknęłam.
Najpierw każde wydarzenie z mojego osobistego życia było wywlekane na forum publiczne, omawiane, komentowane, przerabiane i przewałkowywane po tysiąckroć. Później nie miałam już osobistego życia, wciągnął mnie akademicki wir nie moich zdarzeń, którymi ja zaczęłam się żywić, komentować, przerabiać, przewałkowywać po milion razy, aż wreszcie utyłam jak świnia od tych wszystkich niepotrzebnych, całkowicie pustych nowinek, spasłam się jak orka i nabrzmiałam tak, że musiałam pęknąć.
Jestem jedynaczką. Moje ego potrzebuje sporo uwagi. Dlatego w końcu przemówiło.
I powstali Piromani. Ale to nie o tym.
Kiedy zamknęłam drzwi do swojego pokoju, zrozumiałam, że boję się żyć samotnie, bo w głowie mi jeszcze huczało od piwa, jakie naważyłam podczas tych wielu dni bez własnej świdomości. Ale powoli nauczyłam się. Przeprowadziłam selekcję. Nie muszę otaczać się wieloma ludźmi, by wiedzieć, że mam przyjaciół. Wystarczy jeden, ale wartościowy. Mogę się cieszyć. Mam trójkę. Bezcennych, choć nie zawsze potrafię o tym pamiętać. I nie muszę dzielić się z nimi zawartością mojej lodówki, i nie muszę wywlekać całej mrocznej zawartości mojego umysłu. Oni wiedzą, oni czują. Trwają przy mnie, każdy z osobna, cicho, bez napastliwości, a ja chcę odwdzięczać się im tym samym, choć czasem to bardzo trudne wyzwanie, w końcu tyle dla mnie robią.
Moją ostają jest moja głowa. Często panuje w niej bałagan, bo za dużo w niej spraw, ale pracuję nad zwiększeniem przestrzeni w jej środku, by wszystko miało swoje miejsce. Moją ostoją jest osoba, do której mogę się przytulić. Home is wherever I'm with you.
Na pierwszym roku studiów mieszkałam na poznańskim Oświeceniu z wyjątkowo trudną współlokatorką. Dzieliłyśmy pokój i k-pop obrzydł mi na całe życie. Najgorszym momentem były jednak niedzielne popołudnia. Byłam już w domu, w Nowym Tomyślu, nakarmiona przez mamę przepysznym obiadem i prawie ukojona przez pozornie stoickie nastawienie mojego ojca. Ale świadomość, że muszę zaraz ciągnąć bagaż poprzez śnieżną zawieję, tarabanić się pociągiem, tramwajem, potem autobusem, a potem jeszcze i windą na pierdolone dziewiąte piętro, żeby wrócić do świrniętej współlokatorki, która non-stop wpieprza kilogramami pizzę, zgoła nie napełniała mnie optymizmem.
Było mi źle, więc to zmieniłam, choć wówczas byłam jeszcze na tyle leniwa, że potrzebowałam silnego (ostrego byłoby bardziej adekwatnym epitetem w tym przypadku) bodźca. Spakowałam manatki, przez chwilę mieszkałam u dawnej przyjaciółki, potem próbowałam dojeżdżać, wreszcie akademik i upadek obyczajów.
I stało się tak źle, że coś trzeba było zmienić. Ale dobrze, że się porobiło w ten, a nie inny sposób. Teraz przynajmniej wiem, co robić, by do tamtego stanu nie wrócić. Nic nie dzieje się przypadkowo. [...] tylko ja wiem, że nie ma zbiegów okoliczności, jak u Twardocha w najnowszej powieści Drach.
Co cię nie zabije, to cię wzmocni, kolejny banał, prawdziwy do bólu.
Ostatnio przyjaciółki opowiedziały mi o słowach Virginii Woolf. Kobieta, żeby zostać pisarką, potrzebuje własnego pokoju i 500 funtów rocznego dochodu. Tak byłoby o wiele łatwiej, ale doświadczenia uczyniły mnie mocniejszą i zaradniejszą o tyle, że nie potrzebuję już długich chwil ciszy z kubkiem gorącej czekolady, by wisieć nad laptopem i wystukać wreszcie kilka zdań. Wszystko, co jest warte upamiętnienia, spisuję w telefonie albo notesie. Na gorąco. Nigdy bowiem nie wiem, kiedy nadarzy się okazja, taka jak teraz, do rozbudowania zdań i ubrania ich w przystępną formę. Tak pracuję, bo ileż to odkrywczych (mniej lub bardziej, ale zawsze) myśli mogłoby mi uciec bezpowrotnie? Nie warto czekać. Warto działać.
NIE CZEKAJ NA ODPOWIEDNI MOMENT DO ZMIANY.
On nie ukrywa się w przyszłości. Jest zawsze
TU I TERAZ.
Świat jest zły, bo sprawił, że mój ojciec ma słabą pracę, a mama jest chora i nie może pracować. Świat jest zły, bo jestem przeciętnej urody, a gdybym był piękny, to miałbym łatwiej. Świat jest zły, bo nie pozwala mi wykorzystać moich możliwości, a przecież gdybym miał okazję, to podkręciłbym lepiej niż Beckham i uszył ładniejsze mundury dla Gestapo niż Hugo Boss. Świat jest zły, bo nie urodziłem się wystarczająco bogaty. Świat jest zły, bo muszę się starać, a tak bardzo mi się nie chce.
Jeśli tak myślisz, to zrób temu złemu światu przysługę. Popraw się albo umrzyj.
(W zasadzie te dwie opcje, i tylko te dwie opcje, mamy przez całe życie do wyboru).
Czasem trzeba zamknąć przed nosem drzwi przyjacielowi, jeśli staje się zbyt natarczywy. Jeśli ma dobrze w głowie i sercu - zrozumie. To znowu bolesna prawda, ale na pierwszym miejscu musimy stawiać siebie. Nasze zdrowie. Nasz spokój ducha. Nasze plany. Tylko wtedy będziemy bowiem całkowicie sobą, zdolnymi do prawdziwej pomocy innym. I na takich fundamentach zbudujemy to miejsce, które tak nam się marzy.
Potrzebujemy bowiem bezpieczeństwa. Czterech ścian, w których będziemy biegać na golasa, wyć do księżyca w pełni po przemianie w wilkołaka czy dłubać w nosie, aż wywiercimy sobie w mózgu dziurę (co zdarza się przy nerwicy natręctw). Jesteśmy zwierzętami stadnymi, ale przy tym zostaliśmy stworzeni jako indywidualiści. I nie ma w tym nic złego. Dlatego jeśli teraz nie możemy uzyskać spokoju, bo zamknięcie się na cztery spusty nic nie da, skoro nasza przestrzeń jest za mała, by realizować w niej swoje pasje, to ruszmy głową. Pomyślmy o znalezieniu takiego miejsca. Jest hajs? To i wynajęcie pracowni pomoże. Nie ma hajsu? To zróbmy coś, żeby był w przyszłości. Ale, jak już wcześniej wspomniałam: jeśli nie jesteś bezpieczny w swojej głowie, nigdzie indziej nie poczujesz bezpieczeństwa. Jeśli nie jesteś twórczy na ulicy, uczelni czy w pracy, to i artystyczna pracownia się na nic nie przyda.
Ostatnio byłam tak zaangażowana w losy firmy, w której pracuję, Piromanów oraz marketing, że nie zastnawiałam się nad kwestią domu. Wizyty w domu rodzinnym - bez fajerwerków, w akademiku nie czułam się w ogóle, bo praktycznie mnie w nim nie było, w pracy było mi fajnie, ale to przecież praca, a nie życie, chociaż nie do końca jestem o tym przekonana. W każdym razie dopiero Weronika i Cypek skłonili mnie do rozmyślań na ten temat. Wcześniej naprawdę mnie to nie uwierało i teraz też nie, ciekawe, dlaczego, może się stałam jakaś tanio kosmopolityczna? Że nie mam swojego miejsca - to wiedziałam, ale nie bolało mnie tak bardzo. Wręcz cieszyło. To znaczyło, że dobrze czuję się z sobą i gdziekolwiek pójdę, również będę się czuć całkiem swojo.
Tak było do wczoraj. Pierwszy raz odwiedziłam stolicę. Warszawka jest bardzo ładna. Pałac Kultury i Nauki też. Nie miałam czasu pozwiedzać, bo spieszyłam się na wywiad, ale nie miałam problemów z poruszaniem się po tym dużym mieście. Tak, stolica jest naprawdę duża i napełniło mnie to euforią. Duże budynki, w zasadzie drapacze chmur, ogromne galerie handlowe, szerokie chodniki i takie szybkie ulice. Przestrzeń zadziałała wręcz odurzająco, bo ja, jedna, taka mała, zwykła Emilka, ale czująca, że może to wszystko mieć na wyciągnięcie ręki, bo wie, że da sobie radę i w Warszawie, i wszędzie...
Trochę smutny ten Pałac
Potem jednak wsiadłam do autokaru i momentalnie rozładował mi się telefon. Nie wiedziałam, która jest godzina. Za oknem było ciemno. Co chwila popadałam w letarg i gdy się budziłam, tą samą czerń widziałam za szybą. Ogarnęła mnie niepewność, ale ja chyba lubię się bać, bo mogłam zapytać kogokolwiek o godzinę albo to, gdzie jesteśmy. Tymczasem wolałam drżeć ze strachu. Strach to nieodłączny element oczekiwania. Często można go pomylić z podnieceniem.
Wpatrywałam się więc w czerń, czasem przełamywaną przez pomarańczowe punkciki odległych świateł na autostradzie i zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jest to jakaś highway to hell. A kiedy ujrzałam znajomy rozświetlony na czerwono napis FACTORY, i zrozumiałam, że już blisko domu, znów ogarnęła mnie niepojęta radość. Wracałam do domu i uświadomiłam to sobie po raz pierwszy z takim impetem; Poznań to mój dom.
Mijając później znajome kamienice, zapłakane od deszczu już węższe niż w Warszawie ulice, pędząc swojskim żółto-zielonym tramwajem PST-ki, poczułam swoją przynależność.
Bardzo radosna Plajta
Posiadanie bardzo nas ogranicza. Traktowanie nas przez innych jaką swoją własność kompletnie zniewala i odbiera godność. Jeśli za bardzo przywiązujemy się do rzeczy, to one biorą nas w posiadanie. Podejrzewam jednak, że instynkt mnie nie zawiódł, bo nieważne, czy w przyszłości zamieszkam w kamienicy na Wildzie, gdzie tynk z sufitu będzie mi spadał na głowę, czy przy kolorowej ulicy Taczaka, a może, bo to i tak bez znaczenia, w indyjskiej eksperymentalnej wiosce ekologicznej Auroville lub mroźnym Vancouver, to nie jest związek oparty na posiadaniu. To głębsza relacja. I tak będę sobie powracać do Poznania zawsze z takim samym tęsknym wyczekiwaniem oraz myślami: to dobre miasto, to mroczne miasto, to miasto inspiracji, to miasto życia, to miasto łez i krzyku, i ognia, i sztuki, i bójek na Jeżycach.
Jakiś czas temu wspominałam o świetnej książce, w trakcie czytania której wówczas byłam. Była to spisana przez Jerzego Sosnowskiego rozmowa profesorów Jerzego Bralczyka, Andrzeja Markowskiego i Jana Miodka o języku polskim. Po jej ukończeniu stwierdziłam, że mistrzowie swojej dziedziny są pozytywnymi wariatami i zaczęłam żałować, że nie mogę sobie postawić Wszystko zależy od przyimka na półce. Nie tylko dlatego, iż to książka pożyczona. Po prostu nie dość, że pożyczona, to w wersji MOBI. Korzystanie z czytnika ebooków potwierdziło moje niedawno zyskane przeświadczenie, że zmiany są zawsze korzystne (o ile podchodzimy do nich we właściwy sposób). O tym jednak w następnym poście.
Od długiego czasu media trąbiły o tym wyjątkowo rozbudowanym wywiadzie w postaci książkowej. Wielokrotnie mijałam bardzo estetyczne okładki Wszystko zależy od przyimka, rozłożonych na paletach w Empiku. Mimo wszystko nie byłam na tyle zaintrygowana tą pozycją, by rzucać się na nią z pazurami i ociekającym śliną językiem zaraz po jej opublikowaniu. Książka przyszła jednak do mnie sama, kiedy Andrzejek pożyczył mi swój czytnik, bym mogła konstruktywnie opowiedzieć się wreszcie albo za tradycyjnymi książkami, albo tymi elektronicznymi, o jakich nigdy nie miałam zbyt dobrego zdania (nie wiedzieć czemu, w końcu wcześniej z nimi nie obcowałam, jednak, jak wcześniej wspomniałam - o tym w kolejnej notce).
Bralczyka, Markowskiego i Miodka chyba nie trzeba przedstawiać. To wybitni polscy językoznawcy, którzy pojawiają się dosyć często w mediach. No, ten drugi może trochę rzadziej, ale jeżeli macie altualny słownik ortograficzny w domu w wydaniu PWN-u (czyli jedynym słusznym!), sprawdźcie, kto go napisał. Jerzy Sosnowski to zaś nieco młodszy kolega tej kliki, laureat Nagrody im. Kościelskich, lecz na swoim koncie ma bezlik innych sukcesów.
Panowie żartują, czasem nawet wyśmiewają tendencje Polaków do upraszczania mowy, wskazują językowe oraz społeczne absurdy, wyliczają głupie reklamy, uczą historii i dystansu do siebie. A przede wszystkim pokazują, jak mówić poprawnie, zwłaszcza gdy teraz w języku pojawia się tyle zapożyczeń oraz terminów specjalistycznych, związanych choćby z rozwojem informatyki. Skoro w książce można znaleźć aż tyle cennych informacji, to należy tę lekturę nabyć, a już z całą pewnością przeczytać.
Język profesorów jest bez wątpienia błyskotliwy, a ich utarczki pełne ciętego dowcipu. Czyta się więc szybko oraz z wielką satysfakcją. Wszystko zależy od przyimka wzbogaca więc czytelnika nie tylko o nową wiedzę i oferuje rozwiązanie jego językowych dylematów, ale i gwarantuje świetną rozrywkę. W pamięć zapadło mi kilka szczególnych wniosków, jakie wysnułam wraz z profesorami.
Przede wszystkim to nie do końca prawda, że społeczeństwo XXI wieku nazywa się społeczeństwem obrazkowym. Z pewnością mamy tendencje do upraszczania pewnych sygnałów i jest to wskazane, bo po co na siłę komplikować sobie życie? Z drugiej strony jednak rozpowszechnienie Internetu na nowo nauczyło nas czytać i pisać. Teraz cześciej wysyłamy sobie SMS-y i komunikujemy się przez Facebooka. Rozmowy telefoniczne przechodzą do historii (aczkolwiek staram się dbać o tradycję rozmowy bezpośredniej, dlatego wszystkie ważne sprawy załatwiam osobiście lub przez telefon, nie wiadomości elektroniczne, choć - nie ukrywam - czasem e-mail jest jedyną opcją na skontaktowanie się z kimś). Powraca też sztuka pisania listów. Właśnie dzięki mejlom (tak, można tak pisać, choć na razie to spolszczenie taktowane jest jak potocyzm, jesli ktoś mi nie wierzy, zapraszam do internetowej wersji Słownika Języka Polskiego) przypominamy sobie, jak pisać ładnie i powabnie, choć to oczywiście nieco inny schemat niż list tradycyjny. Na ten temat również można poczytać ciekawostki w Wszystko zależy od przyimka. Zdziwilibyście się, jak Miodek (lub Bralczyk, nie pamiętam) podchodzi do tej kwestii. W zasadzie troszkę dziwacznie. Albo trochę dziwacznie, nie wiem, dlaczego zdrobniłam zaimek (liczebny nieokreślony, przepraszam, choroba zawodowa). Albo wiem: to pewnie przez eufemizm. Próbowałam zmniejszyć stopień szaleństwa jednego z profesorów, byście nie myśleli, że na serio są szurnięci. Ale są. Zboczenie na punkcie języka polskiego to chyba jednak najmilsze zboczenie, na jakie można cierpieć. Tak, o tym też traktuje treść książki. Co za dużo zdrobnień, to niezdrowo.
Ponadto nasz język jest żywy. JĘZYK ŻYJE i to należy wciąż podkreślać. Sami go kształtujemy. I to w każdej chwili. To od nas zależy, czy za sto lat mężczyźni będą mówili "ja poszłem" i nasza piękna polszczyzna zejdzie na psy, czy rozkwitnie jak najpiękniejszy kwiat dzięki powstawaniu neologizmów artystycznych. To oczywiście dwa skrajne przykłady, ale prawda jest jedna: normy się zmieniają. Nie możemy na później odłożyć dbałości o język. To tak samo jak z wychowywaniem dziecka. Odpuścisz raz, to odpuścisz zawsze. Dlatego poprawiajmy się i nie obrażajmy się, gdy poprawiają nas znajomi.
Dbajmy o prawa, które służą estetyce języka i nie zaniedbujmy ich. A zacząć walczyć o język polski można dzięki przeczytaniu Wszystko zależy od przyimka. Polecam!
Sto dni szczęścia, #100happydays, takie wyzwania padły po lub już w trakcie Ice Bucket Challange.
Projekt podoba mi się o wiele bardziej niż wszystkie inne łańcuszki, z jakimi miałam styczność do tej pory. Okazuje się, że Ziemia to całkiem szczęśliwe i urokliwe miejsce, a nie padół łez, w którym się tylko jęczy i marudzi. Długo nie miałam odwagi, by rozpocząć taki długotrwały projekt. Ciągnęły się za mną niedokończone sprawy z przeszłości, jak taki zielony dymek odoru za bohaterem kreskówki. W przeciągu ostatnich trzech dni na szczęście uświadomiłam sobie kilka rzeczy.
Prawda
Inicjatywa 100happydays została podjęta i wypromowana przez fundację o takiej właśnie nazwie. Okazuje się, że to idea crowdfundingu. I to rewelacyjna.
Każdego dnia zdarza nam się coś pozytywnego. Czasem mamy jednak klapki na oczach i zupełnie tego nie zauważamy. To może być wieczorny wypad do kina z przyjaciółką lub zdobycie kolejnego lajka pod zdjęciem. Nieważne, jak wielkie jest to wydarzenie - każdy z nas i tak ma inną skalę. Liczy się fakt, że sprawiło nam to radość.
Fundacja zachęca, by dzielić się swoimi szczęśliwymi momentami codziennie z innymi, na przykład za pośrednictwem Facebooka. Pierwszy taki łańcuszek zobaczyłam u Mateusza Grzesiaka, najszczęśliwszego człowieka na ziemi, najlepszego coachera i po prostu sympatycznego chłopaka, na którego wykładzie miałam wielki zaszczyt być w niedzielę 12 października.
Do momentu spotkania z tym mężczyzną uważałam, że taka idea jest bez sensu - po co inni ludzie mają wiedzieć o tym, że mam dobry humor albo mi się powodzi? Będą zazdrościli albo podłożą mi świnię, albo kogo to w ogóle będzie obchodzić? W końcu żyjemy w Polsce, kraju postrzeganym za ojczyznę małych ludzi. (No bo sami się tak postrzegamy. Nikt nie wierzył w zwycięstwo Polaków w meczu piłki nożnej z Niemcami. Recytujemy od dzieciaka - Kto ty jesteś? - Polak mały!, a prezydent Kaczyński też za wysoki nie był, tak swoją drogą). Grzesiak jednak uświadomił mi, że te wszystkie obiekcje są bez znaczenia, ponieważ są tylko obiekcjami.
Grzesiak
Pracuję nad tym, by być odważną osobą, lecz czy zacznę publikować codziennie posty z tym, co cudownego mi się dzisiaj przydarzyło? Nie mam jeszcze zielonego pojęcia. Mimo tego zachęcam do takiego działania Was. Zdjęcie książki, którą czytacie z przyjemnością, uchwycone dzięki fotografii piękno spadających jesiennych liści? To wszystko ma znaczenie, a wiem, że każdy z nas może się czymś pochwalić, tylko czasem nie ma w sobie tyle siły. Albo jest zbyt leniwy. Chwalenie się jest złe, zaraz ktoś rzuci, to zarozumialstwo! (Brak ci pokory - już słyszę Bossego). Nie. Nie zamierzam chodzić z opuszczoną głową, nawet jeśli kiedyś tam coś nabroiłam, bo to było dawno, bo staram się być lepszą, bo naprawdę mam osiągnięcia. Jesteśmy młodymi Polakami, którzy mają wpływ nie tylko na siebie, ale i na to, co dzieje się w kraju.Bez większego problemu możemy zmienić mentalność swojego otoczenia. Trzeba tylko włożyć w to energię i chęci.
Wracam jednak teraz do samego wyzwania. Fundacja nie tylko chce uszczęśliwiać ludzi poprzez uświadomienie im, że jest się z czego cieszyć. Wspiera również ludzi niepełnosprawnych, dlatego każdy może przelać 35$ na podane konto, a w zamian otrzymać przepiękny, ręcznie wykonany album z wybranymi przez siebie szczęśliwymi momentami udokumentowanymi na przykład w trakcie wyzwania. Coś za coś.
To właśnie crowdfunding, czyli finansowanie przez społeczeństwo jakiegoś projektu. I ja z niego skorzystam w najbliższym czasie, czekam tylko na decyzję wydawnictwa. O tym jednak nieco później, bo będę potrzebowała Waszego wsparcia. Teraz chcę się z Wami podzielić moimi ostatnimi przemyśleniami.
1. Nawet, jeśli droga jest męcząca, to warto wciąż iść i zobaczyć, co jest na końcu. To uczyni Cię wyjątkowym, ponieważ większość ludzi poddaje się na przedostatnim zakręcie lub też o wiele wcześniej. Nasze człowieczeństwo jest jednak istotną rzeczą. Wszystkie problemy, jakie pojawiają się w trakcie tej drogi, to przeszkody rzucane przez innych ludzi (na przykład z zazdrości) lub takie, które kładziemy sobie sami. I dlatego jesteśmy w stanie wszystkie te przeszkody usunąć. Jako ludzie jesteśmy sobie równi, ale im bardziej świadomi, tym szybciej rośniemy ponad resztę. I nie trzeba być wybitnym psychologiem, by to zaobserwować. Dlatego ze wszystkim damy sobie radę, nieważne, jak będzie ciężko.
2. W związku z powyższym, jeszcze niedawno przeżycie każdego kolejnego dnia było dla mnie wielkim wyczynem. Teraz nie chcę przetrwać nocy i doczekać świtu, by zastanawiać się, czy wstać z łóżka, czy może w nim zostać do końca świata. Przypomniałam sobie, kim jestem i że powołano mnie do czegoś większego niż pusta egzystencja. Wykorzystuję swoje wszystkie talenty i realizuję wuchtę celów, tej. Trzymajcie kciuki! Mam nadzieję, że mi pomożecie, gdy zajdzie taka potrzeba.
3. Problem sam się nie rozwiąże. Ni chuja. Ciężko jest się zebrać do kupy i pozałatwiać pewne sprawy. Pewnie ze strachu. Ale czego tu się bać? 90% naszych lęków, jak twierdzą amerykańscy naukowcy (:D), to tylko myśli w naszej głowie. Negatywne myślenie przyciąga smutne wydarzenia, dlatego głowa do góry i na kozaku do przodu! Jeżeli idziesz gdzieś z myślą, że będzie dobrze, że pójdzie szybko i z korzyścią dla Ciebie, tak się stanie.
4. Ten wpis miał wyglądać zupełnie inaczej, ale poniosło mnie to, co słyszałam w Kielcach, na konferencji motywującej.
5. I pisałabym tak dalej i dalej, ale muszę lecieć do pracy, bo tym razem mi się chce. : )
Dzielę się jeszcze z Wami na zakończenie kilkoma dobrymi filmami, które może Wam coś uświadomią, a może tylko przypomną o tym, co dawno już wiecie.
Ostatnio napisałam na blogu, że zachowanie Ignacego Karpowicza było pizdowate.
Nieco wcześniej nazwałam mojego przyjaciela słodkim pizdusiem-gwizdusiem.
Nie wiem, co gorsze, być może to drugie, bo wypowiedziane z autentyzmem i miłością, nie zaś, jak w przypadku pierwszym, pobłażaniem i lekkim rozczarowaniem.
Miodek, Bralczyk i Markowski pewnie skarciliby mnie za to przepełnionym niesmakiem spojrzeniem. Panowie profesorowie, (których rozmowa, spisana przez Jerzego Sosnowskiego, została opublikowana w książce Wszystko zależy od przyimka, jaką pożyczył mi mój kolega Andrzej w wersji elektronicznej razem z czytnikiem - postęp, postęp technologiczny się szerzy!), nie przepadają, mówiąc eufemistycznie, za użyciem wulgaryzmów. Są oczywiście bardzo wyrozumiali, lecz to strażnicy językowego piękna, a przekleństwa, choćby i te najbardziej kwieciste, uderzają w grację lingua Polonica.
Sama nawet często zwracam moim kolegom uwagę, gdy zamiast przecinka czy nawet spacji wcina im się w zdanie stado roztańczonych kurewek. I momentami, gdy dociera do mnie absurdalność rzeczywistości, w jakiej przyszło mi lawirować, sama puszczam wodze fantazji i klnę jak szewc. Co jednak zauważają profesorowie? To, że najbardziej obelżywe sformułowania w języku polskim pochodzą od nazewnictwa części intymnych. Czy zatem Polacy nie szanują siebie samych czy po prostu sprowadzają stosunek seksualny do parteru albo i jeszcze niżej?
Ciekawą rzecz też widziałam na jakiejś stronie z memami. A może był to cytat? Gdyby ktoś znalazł źródło tego, co zaraz rzeknę, niech da znać. Mianowicie: słabi psychicznie nie powinni być nazywami pizdami. W końcu to część kobiecych narządów rozrodczych, która wytrzyma chyba wszystko (nawet czołganie się małego człowieka). Takie osoby mogłyby się nazywać jakoś inaczej, co nasuwałoby skojarzenie z męskimi narządami. Powszechnie wiadomo, że są bardzo delikatne, łatwo je uszkodzić i, według niektórych kobiet, nader śmiesznie wyglądają.
Dlaczego chłopcy (mężczyźni?) się obrażają, gdy nazwie się ich pizdą? To kwintesencja pizdowatości. Dlaczego się nie odgryzą, nie pokażą, na co ich stać i nie zmienią swojego obrazu w oczach innych?
A co myślicie o przeklinaniu w ujęciu szeroko kulturowym? Po co ludzie klną? Jak to się ma do literatury?
Kiedy piszę opowiadanie, raczej nie przeklinam przy tworzeniu wypowiedzi narratora. Co innego dialogi. Zawsze zdarzy mi się wykreowanie jakiegoś bezczelnego bohatera, który bez żonglerki świństewkami mówionymi i czynionymi, nie mógłby być naprawdę sobą. Na blogu lub w pamiętniku zaś staram się utrzymać styl podobny do tego, jakim posługuję się w mowie. Wydaje mi się, że nie jestem wysublimowaną panną, która mdleje, kiedy usłyszy, że ktoś chce kogoś ostro wypieprzyć. Nie uchodzę też za zwolenniczkę mowy rynsztokowej, choć kiedyś słowa na k i ch bardziej kaleczyły mi uszy. Tak jak na powyższym kadrze, zgadzam się z postacią nauczyciela z serialu Skins. Kurwa czasami po prostu może sporo nauczyć.
Wspomnieni panowie profesorowie zauważyli też, że wyklucie się takiego ogromu przekleństw nastąpiło po roku 89. Czyżby stres związany z sytuacją społeczeństwa w PRL-u w ten sposób znalazł ujście? Właśnie taki wniosek wysnuwa trójka przedstawicieli polskiego językoznawstwa, ale ja pójdę w nieco pesymistycznym kierunku, który nadał mi po lekturze Uciekiniera Stephen King. Im dalej w las, tym więcej drzew. Im większy postęp czasu, tym większy upadek obyczajów. Im bardziej rozwija się cywilizacja, tym mocniejszych rozrywek potrzebują społeczeństwa. Może na wulgaryzmach się zaczyna, a skończy na zabijaniu ludzi dla zabawy?
...
Pewnie i Wam zdarza się szpetnie zakląć. Gdzie częściej? W mowie czy piśmie? A może posługujecie się erudycją i cierpicie na zawroty głowy, gdy przyjdzie Wam spacerować między blokami? Czy sądzicie, że literatura powinna być wolna od wulgaryzmów? A może wręcz przeciwnie? Zapraszam do dyskusji.
Nie tak ogólnie, bo to temat rzeka. Albo galaktyka, bo wątpię, by temat został wyczerpany po zapisaniu zwoju długiego na sześć tysięcy sześćset kilometrów (Nil); o kobietach można pisać tak wiele, że i ciężko byłoby zmieścić się na stu tysiącach lat świetlnych (Droga Mleczna) takiego zwoju, oczywiście o tyle, o ile faktycznie nasz gatunek pociągnie jeszcze te kilka miliardów lat, do przemiany Słońca w czerwonego olbrzyma. (W zasadzie wątpię - jeśli nie powybijamy się nawzajem, to zamordują nas frytki z Mc'a albo wzrastające ceny papierosów). Zresztą, pieprzyć gatunek. Czy same kobiety przetrwają? Moje ostatnie obserwacje nasuwają mi trzy czarniejsze niż czarna dziura scenariusze.
Abstrachując od powyższych ciekawostek z zakresu geoastronomii (które powinny być wszystkim znane co najmniej z gimnazjum), przejdźmy do popkulturowego, kaszanowego show Eurowizji. Wiem, że możecie być zmęczeni tym tematem, w końcu media aż huczą i nie sposób nie wiedzieć, że pierwsze miejsce w tym roku zostało zajęte przez Conchitę Wurst, czyli Thomasa Neuwirtha. Miło, że Europa chciała pokazać, jaka jest tolerancyjna, szkoda, że z tego powodu ucierpiały lepsze piosenki, w tym również nasza polska, "My Słowianie". Z teledysku produkcji Donatana bił co prawda erotyzm w nieco prostackiej formie i nie sądzę, by wokal Cleo ujmował, ale w kategorii hiciora na pewno jest to lepszy kawałek niż "Rise Like a Phoenix". I tak kobiecość została pokonana przez akceptację dla wszystkiego, co związane z transpłciowością. Nie, nie mówię, że to dyskryminacja. Ale... (Cała Ameryka się z nas śmieje, że Europejczycy, mając do wyboru słowiańskie dziewczyny i TAKĄ kiełbasę, wybrali to drugie. Ale co z tego, Stany są głupie, nie?)
Naturalnie (stwierdzenie ostatnimi czasy tyleż samo względne, co i niebezpieczne), skoro Thomas może być Conchitą i tym samym upodabniać się do kobiety, to i randomowa Ela czy Salomea może zapragnąć wyglądać jak facet, nie zmieniając przy tym płci. Na ulicy coraz częściej widzę przechodniów, którzy naprawdę wyglądają jak młodzi, przystojni chłopacy, a w istocie są po prostu dziewczynami, mającymi na sobie full capa, bejsbolówkę oraz szerokie spodnie. O tym, że taki trend się przyjmuje, utwierdziłam się w przekonaniu, znalazłszy osadzoną w tej stylistyce sesję fotograficzną zatytułowaną "Girls Will Be Boys", której przykładowe elementy przedstawiam poniżej.
Mnie się taka moda nie podoba. Popieram transseksualistów, bo przecież ich potrzeby są uwarunkowane psychologią, w końcu jak tu żyć jako kobieta, jeśli się jest mężczyzną i odwrotnie. Nawet, jeśli zaistnieje niedługo trzecia płeć, albo niezaspokojony artystycznie gatunek ludzki wymyśli nawet czwartą płeć, piątą, siódmą, bo przecież ani orientacja, ani religia, ani narodowość (choć podobno Żydzi żądzą światem) czy właśnie tożsamość narządów płciowych nie wpływa na intelekt, to również nie jestem chyba jej przeciwna (być może tylko na razie, nie wiem). Tylko czy to nie sprawi, że kobieta zostanie zepchnięta na margines, poczuje się nudna, będąc sobą? Czy już tak się nie dzieje? Czy to nie sprawka mężczyzn przypadkiem?
Nie mam zielonego pojęcia. Chciałabym tylko móc za dziesięć lat nie tęsknić za czerwonymi szminkami, szpilkami oraz sukienkami. Mam nadzieję, że nie znikną ze sklepów, ustąpiwszy bezrękawnikom z postrzępionymi rękawami oraz niewyprofilowanymi spodniami. Czy to oznacza, że staję się tradycjonalistką? Albo, gorzej: zacofaną kwoką, która zaraz zacznie walczyć o prawa kobiet?
Zaraz, zaraz. Zaraz.
Może to tylko moje czarne prognozy, związane z wariacjami hormonów? Comiesięczne stany około depresyjne? Ale przypadkowy kolega, któremu pokazałam powyższe zdjęcia, zapytawszy mnie najpierw, czy to kobiety, czy mężczyźni, stwierdził, że nie, nie podobają mu się, gdyż "kobiecość to kobiecość", a gdy zapytałam Zuzię o nazwę stylu modowego, polegającego na upodobnianiu się kobiet do mężczyzn, rzuciła bez zastanowienia: "Lesbijstwo".
Po co więc głodzić się, by utracić piersi oraz tyłek? Włosy pod pachami (już nie mówię o twarzy...) to naprawdę nowe osiągnięcie światowego stylu? O to walczyły sufrażystki? By już wiek później kobieta pragnęła upodobnić się do swojego rzekomego oprawcy?
Jeśli kobiet nie zabije ich fascynacja mężczyznami/walka z mężczyznami zamiast braku skupienia na sobie, to zabije ich tylko... skupienie na sobie.
Sama już nie wiem, kiedyś byłam przeciwko aborcji, bez żadnych wyjątków, teraz mam pewne obiekcje. Pieprzyć te gwałty (zdaję sobie sprawę z tego, że to zabawny dobór słów), ale co z karierą?! Tylko znowu, czy kobieta musi często w tak bezpardonowy sposób walczyć o swoje prawa, czyli drzeć mordę, że coś jej się należy i koniec? O retoryce to już zapomniały?
Kobiety w ogóle coraz częściej kręcą na siebie bata. Jak tu mówić poważnie o feministkach, skoro spora ich część, będąca w mediach, nie wygląda zbyt przyjemnie? Jeśli ktoś mi powie, że wygląd nie gra roli, to wybuchnę mu śmiechem w twarz.
A przypomniałam sobie o tym z powodu zorganizowanego dziś w Poznaniu Marszu dla Życia. Dawno już nie byłam tak zirytowana na wszechświat, jak wtedy, kiedy wlokłam się za śpiewajacymi "Ja jestem, ja czuję, ja żyję..." rodzinami i duchownymi. Wydaje mi się, że i jedna, i druga strona jest trochę śmieszna.
Nieco wcześniej, w sklepie na dworcu PKP, spostrzegłam żywe zainteresowanie szczególnym gatunkiem powieści. Rozglądające się między półkami kobiety sięgały nie po sensacje Dana Browna, nie po Cobena, a co dopiero odgrzewanego Pilcha, a "cudeńka" pani Michalak, Grocholi i jeszcze jakiejś Kołakowskiej (nie mylić z Kołakowskim, Leszkiem, znamienitym profesorem, mimo że pochodzącym z Radomia). Cieszę się, że kobiety czytają, a jakże, ale dlaczego odmóżdżające dziełka, skupiające się wyłącznie na miłości oraz piciu gorącej czekolady z wiśniami? (Przez to, że jest popyt na literaturę kobiecą, nie mogę się wybić, foch). STRASZNE RZECZY!
Im częściej jestem świadkiem takich wydarzeń, zaczynam się zastanawiać, gdzie się podziewają prawdziwe kobiety (bo że prawdziwi mężczyźni chowają się pewnie po jakichś jaskiniach, dziesięć kilometrów pod dnem Rowu Mariańskiego, to dawno wiadomo), temperamentne, a jednocześnie subtelne, inteligentne i zmysłowe? Takie jak na przykład:
???
Miejmy nadzieję, że Katarzyna Nosowska ma rację:
Kobieta jest organizmem ultradoskonałym. Potrafi się regenerować po ekstremalnie ciężkich doświadczeniach. Przetrwa wszystko.
Choroba trzyma się wściekle mojego ciała i po części wprowadza mój umysł w inny wymiar. Dzięki zawrotom głowy, uciążliwemu kaszlowi i bycia potliwą myszą, dochodzę do wniosku, że jestem faktycznie bardziej dorosła niż niedorosła. Dzieci uwielbiają chorować, wówczas mają wolne od szkoły, a rodzice i bliscy nadskakują nad nimi do obesrania. Nie mówię, że to nie jest szalenie miłe, kiedy widzę u moich wspaniałych ludzi z Babilonu, że przejmują się stanem mojego zdrowia, biegają do apteki po syropki, robią herbatki, budzą i na śniadanie serwują kodeinę - ale jednak wolałabym, żeby mieli inne preteksty, by udowadniać, iż im na mnie zależy. Naprawdę chciałabym wziąć notatki w niedrżące ręce, w głowie poczuć wreszcie zdolność do przetwarzania i zapamiętywania informacji, a następnego dnia odwiedzić Dra Pojeba i wyklepać mu sto stron. To już nie te lata, żeby można się było opierdalać bez końca. (Tak, mówię to ja, toż to prześmieszne).
Tak czy siak, pogrążanie się w letargu w zimowym płaszczu pod kołdrą, gorączka i słuchanie Vivaldiego, a także pytanie Karola o mojego bloga, poddało mi świetny pomysł na nowy post. Pomysł tak naprawdę świetny może nie był, lecz takim się wydawał przez nieskończenie długi czas jednej milisekundy, co absolutnie wystarczyło do jego realizacji. W połączeniu z moimi posępnymi myślami dotyczącymi boju pomiędzy tym, co bym chciała robić a brakiem wyjątkowo olśniewających perspektyw, stwierdziłam, że nic, tylko pisać. O śmierci.
Moi rodzice raczej nie podzielają mojej miłości do czarnego humoru, która wszak nie jest jakaś szczególna, bo ogranicza się do wtórności bądź fangirlstwa. Sama nie jestem aż tak błyskotliwa, czasem tylko lubię ponabijać się z nowotworów, pogubionych przez przypadek kończyn, Żydów na dyskotece krzyczących "więcej gazu" czy noworodków... To nie jest obrzydliwe, to specyficzne, zaręczam, na świecie istnieją gorsze wypaczenia. Pewnie ktoś sobie teraz pomyśli, że gdyby mnie spotkała podobna tragedia, albo chociaż jakaś, zastanowiłabym się dwa razy nad tym, jakie durnoty wygaduję. I pewnie w ogóle trzymałabym język za zębami, bo złe rzeczy są złe, dlatego powinny być tematem tabu. Nieprawda. Po pewnym czasie człowiek nabiera dystansu (chyba, że nigdy go do siebie nie miał, a wiadomo, dystanse są potrzebne, nie tylko by schudnąć i dobrze wyglądać, ale i po prostu dobrze żyć, na przykład dystans dziewięciu tysięcy kilometrów między Polską a Japonią sprawia, że od dwóch tygodni nie pokłóciłam się z Julitą). Do tragedii, do choroby, to ułomności czy śmierci. Trzy dni po pogrzebie większość rodziny nieboszczyka wciąż roni łzy, ale rok później wszyscy opowiadają sobie śmieszne historyjki na jego temat, na przykład jak jego pies wpadł do szamba, a nieżyjący (wówczas nie nieżyjący, nawet wręcz przeciwnie) swojego gównianego psiaka wziął za kanałowego szczura. Imponuje mi taka forma wspominania o tych, którzy już odeszli, bo zabawne historie w naszych głowach pozostają o wiele dłużej niż długie monologi na
temat zmyślonej działalności dobroczynnej denatów. Chorobę też można wykorzystać w dobry, prześmieszny sposób. Sama postać Nicka Vujicica na pewno zawsze będzie mi się kojarzyła bardziej z obrazkiem z boku (gdybym znalazła go jako mała dziewczynka, istnieją pewne szanse, że nie paliłabym teraz jak smok) niż filmem pt. "Cyrk motyli" (choć i jego serdecznie, chyba po raz drugi, polecam - Gruby się płacze podobno za każdym razem, gdy ogląda tę krótkometrażówkę; dzięki, stary, za jej pokazanie).
Nie wiem, z czego tak naprawdę wynika strach przed mówieniem o śmierci. Z samego strachu co do niej? To dla mnie też troszkę irracjonalne. O wiele bardziej od śmierci boję się życia. Egzystencja zaskakuje mnie na okrągło. Ostatnio w dni nieparzyste w sposób nieprzyjemny (wiecie, 11 listopada, tęcza, ogień, siara na maksa, wstyd, że debile w dresach i ogoleni na łyso z mózgiem równym potencjałowi intelektualnemu kalarepy nazywają się patriotami). Poza tym nie wiem, co będę robić za tydzień, miesiąc czy rok. Może znajdę pracę, może nie, może potknę się w strategicznym momencie podczas jakiegoś ataku na znanego polityka, załapię się na mema w internetach i zostanę sławna. Nie wiem. Jestem zaś przekonana, że prędzej czy później umrę. Nie tak permanentnie, ale zawsze coś.
A może właśnie dlatego śmierć traktuję tak lekceważąco? Wierząc w życie pozagrobowe, hasanie w białym prześcieradle za moimi przyjaciółmi i przestawianie im szpargałów w mieszkaniu albo niekończące się bansy na chmurkach, jest mi jakoś lżej. Mniej ostatecznie, mniej ziemiście lub krematoryjnie, mniej beznadziejnie, w sensie: nie jesteś marnym wypierdkiem, błędem w systemie komputera głównego wszechświata, twoje istnienie ma znaczenie, joł. A gdyby tak było? Chyba zostałabym celebrytką, nauczyła się pływać i nurkowała w forsie, żeby jakoś zaistnieć, choć przez minutkę. Na pewno nie traciłabym czasu na wkuwanie teorii nieżyjących już ludzi a propos życia, które i tak nie ma żadnego znaczenia (tj. i tak nie poszłabym na filozofię, ale tak przykładowo - i przytykowo).
Wyobrażałam sobie kiedyś, jak ma wyglądać mój pogrzeb. Chciałabym, żeby była to epicka impreza, o ile zostawię moim spadkobiercom tyle hajsu, żeby mogli godnie nią rozporządzać również w kwestii uhonorowania mojej pamięci (i o ile na to zasłużę, to chyba jednak istotniejsza kwestia). Florence w teledysku do "Raise it up" podsunęła mi godną uwagi wizję. Musiałabym tylko się wstrzelić i umrzeć przy dobrej pogodzie, pewnie we wakacje. Pożegnanie odbyłoby się w ogrodzie, kobiety miałyby na sobie białe sukienki, moje ciało włożono by do prowizorycznej łódki, do której dołączono by i podgrzewacze, od których co prawda bym nie spłonęła (prędzej wypaliłby się w nich wosk), ale zawsze to ładnie wygląda, prawda? I jak już bym sobie płynęła, zepchnięta z lądu przez czterech przyszłych mężów Julity, z których połowa pewnie będzie skośnooka, po jakiejś Warcie czy innej rzeczułce (byle nie naszej rodzimej Szarce vel. Smródce, bo to by była bardzo krótka trasa - z oczyszczalni pod ogólniak, a i tak w połowie utknęłabym na mieliźnie z butelek po Amarenie), goście imprezy schlaliby się pitnym miodem i ewentualnie rozmawiali o moich opowiadaniach (czyli że muszą powstać przed moją śmiercią i dodatkowo powinno być ich dużo, skoro chcę, by żegnało mnie mnóstwo osób - o czymś trzeba będzie debatować, a przecież nie o polityce). (To było naprawdę długie zdanie, przepraszam, już nie będę, naprawdę szanuję moich czytelników, zwłaszcza tych wyimaginowanych, gdyż stanowią najliczniejszą grupę).
Chciałabym, żeby ten blog istniał za dwadzieścia albo i czterdzieści lat, coby sobie zajrzeć, co sądziłam na dane tematy, kiedy już będę formalnie w wieku dojrzałym (teraz jestem jakby wciąż młodzieżą, nie wszechpolską, a wszechorientacyjną zapewne, ale za to nie do końca zorientowaną). Może faktycznie tak mi odbije palma, że będę chowała głowę w piasek (albo w jezioro, jak to ujął dowcipnie bohater opowiadania Grzegorza Bogdała pt. "Oczko w głowie" - opowiadanie miesiąca w "Chimerze"), a może popadnę w dekadentyzm i prócz absyntu oraz śmierci nie będę miała innych tematów do debat? A co jeśli nie dożyję? Cóż, wówczas pewnie będę przejmować się czym innym. Albo w ogóle niczym. W każdym razie perspektywy jakieś są.