Debiutancki taniec z niedźwiedziami i o tym, że Wikipedia kłamie


Wreszcie skończyłam debiutancką powieść mojego ulubionego pisarza, Johna Irvinga. Czytanie „Uwolnić niedźwiedzie”, niespełna czterystustronicowej pozycji, zajęło mi, uwaga… ponad pół roku. Irving ma to do siebie, że czyta się go wolno, ponieważ jest wymagającym pisarzem, który dużo tekstu poświęca na dygresje (to z pewnością jeden z powodów, przez które go tak bardzo uwielbiam). Jego pierwsza powieść różni się jednak od późniejszych książek, które raz czytałam w sumie miesiąc lub dwa („Świat według Garpa”), a kiedy indziej w mniej niż dwadzieścia cztery godziny („Hotel New Hampshire”). Bo choć każdy z tworów Irvinga, z jakim się zetknęłam, w pewnym momencie zaczyna po prostu być męczący, ale trwa to nie więcej niż dwadzieścia stron, tak „Uwolnić niedźwiedzie” nie dość, że męczył mnie prawie od pierwszej strony z małymi wyjątkami, to jeszcze sprawił, iż miałam ochotę nim rzucić o ścianę. Najgorsze, powiadam wam, NAJGORSZE, co może się zdarzyć po przeczytaniu książki, to nie pamiętać, jak się zaczęła. I to właśnie stało się w tym przypadku.

Musiałam przerzucić od początku kilka pierwszych kartek, żeby wrócić pamięcią do punktu wyjścia. Później zaś coś mnie podkusiło i weszłam na stronę Wikipedii, zobaczyć, jak inni ludzie uporali się z opisem książki. I znalazłam błąd, ha! Wiki podaje informację, że książka pt. „Uwolnić niedźwiedzie”  „w Polsce została po raz pierwszy wydana w 2001 roku nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka przekładzie Macieja Świerkockiego w ramach serii Biblioteczka Interesującej Prozy”. A to nieprawda! Otóż bowiem w jednym z antykwariatów udostępniających swoje zbiory na Allegro, zamówiłam w zeszłym roku egzemplarz wydawnictwa Marabut! Gdańsk, 1994! Wszystkim dzieciaczkom, jakie w szkole wydadzą się z odrabianiem zadań domowych dzięki Wiki, wytłumaczę, jak bardzo trzeba uważać i posłużę się tym przykładem. Wreszcie mam coś z autopsji, o czym będę pamiętać przez lata.

A teraz, kiedy już się wykrzyczałam, przedstawiam Wam krótką recenzję pierwszej powieści Johna Irvinga.

Jugo-austro-niedźwiedzie szaleństwo
Długo marzyłam, by wreszcie móc przeczytać „Uwolnić niedźwiedzie”. Książka zawsze wydawała mi się trochę nieosiągalna, bo jeszcze nie widziałam jej w żadnej bibliotece. Oczywiście, pewnie zbyt słabo szukałam, skupiona zawsze raczej na śledzeniu najzdatniejszych okazów BN-ek. W każdym razie, kiedy wreszcie ujrzałam „Uwolnić niedźwiedzie” na Allegro, nie patyczkowałam się i zamówiłam. Zaczęłam chyba czytać we wrześniu zeszłego roku. Wtedy poznałam Hannesa Graffa i Siggiego Javotnika, którzy kupili motor na spółkę i ruszyli w podróż, mając zamiar zwiedzić Europę. Daleko jednak nie ujechali, z dwóch powodów. Za bardzo zainteresowało ich wiedeńskie zoo, to raz. A dwa, że mnie za bardzo wciągnęło studenckie życie i inne pozycje, ponieważ „Uwolnić niedźwiedzie” jakoś nie wkradła się w moje łaski.

I tak było przez cały czas czytania, gdy później wróciłam do lektury. Jest tu obecny oczywiście czarny humor Irvinga (i ukochane przeze mnie niekonwencjonalne sposoby zabijania bohaterów – na przykład poprzez przysypanie obornikiem albo wyjrzenie przez okno w nieodpowiednim momencie), ale jakby trochę wymuszony. Jest też wątek romantyczny, ale ani Graff, ani Gallen nie zyskali mojej sympatii, a tym bardziej ich związek, bo wydawali mi się jacyś niedorobieni. Tylko że u Irvinga większość bohaterów zawsze jest jakby… niedokończona. Nie mają wyrazistych charakterów jak w tych wszystkich amerykańskich komediach, ale przecież to tylko na plus, bo kto ze znanych nam ludzi jest tak przewidywalny? W „Uwolnić niedźwiedzie” przeszkadza mi jednak brak celowości w działaniach Graffa, apatia Gallen i nawet śmierć Siggiego. Uważam, że akurat ona była bez sensu.

No, na szczęście to tylko część książki. „Uwolnić niedźwiedzie” składa się bowiem z trzech części. Druga, choć najmozolniejsza w kwestii czytania, jest chyba najciekawsza. To opowieść Siggiego o dziejach jego rodziców, a zatem również okupowanej Austrii, drugiej wojnie światowej, kotle bałkańskim i licznych konspiracjach. Vratno Javotnik, ojciec Siggiego, jest o wiele ciekawszą postacią niż syn, tak samo jak cała zwariowana rodzina matki Siggiego wraz ze starym Ernstem Watzek-Trummerem. Do tego liczne opowieści o działaniach generała Broz-Tito, odtwarzane radiowe przekazy o działaniach wojsk Rzeszy oraz dokładne rozrysowanie podziału Wiednia po wkroczeniu do niego sowietów daje rzetelny obraz historyczny tego, jak wyglądało południe Europy w czasie II wojny światowej i nieco po niej. Dużo się dzięki Irvingowi dowiedziałam, niestety nauka ta była bolesna jak mało kiedy.

Może to kwestia języka? Zdania jakby silą się na nonszalancję, której wcale nie potrzeba. Widać, że warsztat Irvinga dopiero się rodzi, choć i tak jest już o wiele lepiej w porównaniu z dziełami innych autorów z ich najświetniejszego okresu twórczości. Ale wyobraźcie sobie, że pisarz miał zaledwie dwadzieścia sześć lat, gdy książka „Uwolnić niedźwiedzie” została opublikowana! A poza tym poruszył bardzo ważne tematy. Są one jednak kwestią sporną, bo czyny bohaterów i okoliczności, w jakich się znaleźli, na pewno mogą być wielorako interpretowane. Wolność to musi być jednak jeden z nich. Konfrontacja zwierząt po wypuszczeniu z Hietzinger Zoo z wiedeńczykami naprawdę dużo mówi o ludzkiej (a może właśnie zwierzęcej?) naturze. Do tego, choć w książce nie pada nawet słowo „holokaust”, to duch zagłady unosi się między wierszami tekstu i napawa po trosze lękiem.

Na szczęście tendencja Irvinga do zamieszczania w tekście różnych sentencji (czasem płytkich, czasem prześmiesznych, czasem z drugim dnem, a czasem takich bezsensownych, jakie rzuci się po pijaku do kumpla) ujawnia się już w debiutanckiej książce i dzięki temu mój notes z cytatami zyskał kilka nowych. I tak, „Jakkolwiek byś dodawał, suma wychodzi jedna”. Idąc za tym zdaniem, jakiejkolwiek książki Irvinga byś nie czytał, dobrze wiesz, że masz w rękach utwór wielkiego pisarza. Tak jak wszystko, co wyszło spod pióra amerykańskiego wirtuoza prozy: jak najbardziej polecam.

Share this:

CONVERSATION

4 komentarze:

  1. Ej, Wikipedia podała złą datę urodzenia Joanny Bator (za którą nie przepadam, odkąd mam porównanie dla tego, co pisze o Japonii :D Podeślę Ci zarąbisty artykuł, w którym jeden z moich wykładowców ją ROZJEŻDŻA) i nie pozwolili JEJ SAMEJ tego zmienić, bo nie miała dowodów, że wcale się wtedy nie urodziła :D
    Dobrze, że na studiach Wikipedia już wysiada.
    A co do Irvinga to... może kiedyś przeczytam :P Ale MEGA nie zachęcasz do tych niedźwiedzi ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo akurat te niedźwiedzie nie są tak rewelacyjne jak na przykład "Hotel New Hampshire" czy "Modlitwa za Owena".
      Haha, a pamiętasz wpis Jamesa Blunta? Że grał na organach na ślubie Kate i Williama? :D
      Okej, ślij!

      Usuń
    2. James <3
      No, tylko wylecz swoją skrzynkę to poleci ;)

      Usuń
    3. Chyba już wyleczona. :)

      Usuń