Eddie Redmayne jako Stephen Hawking
Teoria wszystkiego w reżyserii Jamesa Marsha to jeden z największych niewypałów, jakie na nieszczęście trafiłam do kina. Film jest, jakby to określiła moja mama, ładny. I to tyle, więc nie musicie czytać notki z recenzją tego dzieła wątpliwej jakości, mówię Wam jasno: obejrzeć można, ale niekoniecznie w kinie. Teoria wszystkiego zatem nie zachwyca. Moje serce podbiła jednak fenomenalna rola Eddiego Redmayne'a. I tematyka, bo Stephen Hawking wielkim człowiekiem jest. I o tych dwóch panach poniżej w poście.
O Jamesie Marshu wcześniej nie słyszałam. Nie uważam, by film był wybitnie wyreżyserowany, dlatego pominiemy dziś tego pana - najwyraźniej się nie spisał. Ze świetnego materiału na wstrząsający dramat rodzinny lub czarną komedię zrobił... w zasadzie nie wiadomo, co takiego. Przeciętną obyczajówkę? Słabe romansidło? Niepotrzebne skreślić.
Teoria wszystkiego opowiada nam głównie o miłości Hawkinga do pierwszej żony i tego, co się działo w ich związku, kiedy choroba naukowca potwornie zaczęła dawać o sobie znać. Praktycznie zero aspektów naukowych, niewiele związanych z karierą i popularnością Hawkinga, nieciekawa, wręcz bezpłciowa rola Felicity Jones. A mogła tyle zagrać! Przecież to, co spotkało w życiu Jane Hawking, musiało czynić z nią niezwykle silną psychicznie kobietę, odważną, potrafiącą zawalczyć o to, czego potrzebowała jej rodzina. A przede wszystkim musiała naprawdę z całej siły kochać Stephena Hawkinga. Co zaś w filmie pokasuje Jones? Słabiutki głosik, którym wypowiada w ogóle nieprzekonującą kwestię "Jestem silną kobietą" i naiwne początki związku jej oraz młodego kosmologa. I ta naiwność utrzymuje się, o zgrozo, przez cały czas, do samego końca filmu. Ugh, grrr, bleh. I że ona niby też jest nominowana do tegorocznych Oscarów? Za co, ja pytam?